Fundacja Integracji Kultury zaprasza na projekt dofinansowany z budżetu Miasta Gliwice

 

Steve Coleman and Five Elements

9.11.2017

CK Jazovia

Steve Coleman – O takich jak On mówi się, że to wizjonerzy, którzy muzykę traktują na serio.

 

W muzyce był zatopiony od pierwszych sekund życia, wiadomo, Chicago połowy lat pięćdziesiątych. Najpierw otoczenie dźwiękami Charliego Parkera, Sonny'ego Rollinsa czy Johna Coltrane'a, później szereg różnorodnych fascynacji. Najwyraźniej stały porządek w muzyce mu się znudził i zaczął szperać, czerpać, szukać, tworzyć, rewolucjonizować. Tak powstał Steve Coleman. Ten artysta łamie zasady, ustala swoje, a jedynym punktem odniesienia, któremu się podporządkowuje jest natura, stąd Five Elements, czyli teoria pięciu chińskich żywiołów: drzewo, ogień, metal, ziemia, woda. Właśnie z tym składem udało mu się dzisiaj dojechać na koncert w Gliwicach, a dodajmy, że nie było łatwo. Pobudka o 6 rano, transfery, lotniska, samolot z Malagi do Warszawy, później samochód, złapanie gumy w trasie, opóźnienia, ekspresowa próba, szybki oddech no i weszli na scenę. Weszli o od razu odlecieli w swój świat fascynacji, wolności, swobodnej interpretacji. Na scenie było ich czterech i grali po prostu niepowtarzalnie. Byliśmy świadkami nie najłatwiejszej w odbiorze formy muzycznej, ale zdecydowanie wywołującej ogromne wrażenie. Świat określa Colemana mianem rewolucjonisty i w tej rewolucji uczestniczyliśmy. Na froncie odbioru odczuwalna była przede wszystkim połamana harmonia, która bynajmniej nie gubiła muzyków, wręcz przeciwnie, spajała ich i energetyzowała. Zagrali koncert pełen wyraźnych akcentów o dużej sile. To nie jest skład, który bawi się w miękkie melodie i rzewne standardy. Oni przez prawie dwie godziny (!)mówili swoim indywidualnym, mocno free językiem. Saksofon Colemana niemal boksował się z biciem perkusji, bas agresywnie wchodził w przestrzenie między nimi, trąbka dodawała echa tej całej sytuacji. Improwizowali aż do ostatnich kropli potu, a tych trochę na scenie tego wieczoru zostawili. Bo tak rasowe granie wymaga potu. Na sam koniec do instrumentów włączyli także niemal szamańskie wokale. Publiczność przyklepała ten koncert poważnym aplauzem. PalmJazz to różne formy jazzu, to był przede wszystkim koncert nieakademicki, zadziorny, prawdziwy. Steve Coleman to artysta konkretny i na serio, na serio zrewolucjonizował muzykę, na serio stworzył ten projekt i na serio zagrał ten koncert. A nam się na serio bardzo podobało!

FOTO:

Michał Buksa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fundacja Integracji Kultury zaprasza na projekt dofinansowany z budżetu Miasta Gliwice